top of page
sterne-rauch-nebel-hintergrund.jpg
  • Zdjęcie autoraniezastarapanna

Czy “świadome” rodzicielstwo może ignorować złożone konteksty rzeczywistości?

W ostatnich dniach nawinęły mi się pod oko dwa artykuły dotyczące bezdzietności – jeden pochodził z “Wysokich obcasów”, a drugi z “Polityki” – więc temat jest chyba gorący, być może ze względu na ostatnie wskaźniki demograficzne. Pod tym drugim zostawiłam komentarz, że lepiej nie mieć dzieci wcale, niż mieć je z niewystarczająco dojrzałym czy też odpowiedzialnym partnerem lub partnerką, czym wyraźnie rozjuszyłam – prawdopodobnie wespół ze staropanieństwem w nazwie profilu – innego komentującego, reprezentującego nurt bezwzględnych prokreatorów.


Oba artykuły, choć koncentrujące się na zjawisku bardziej lub mniej świadomej bezdzietności, w oczywisty sposób poruszają się również wokół zagadnień związanych z rodzicielstwem. Ten rozjuszony napomknął z ironią, że stara panna wypowiada się na temat rodzicielstwa. Pomijam nawet bardzo spłycony proces dedukcji, wiążący stan cywilny bezpośrednio z doświadczeniem rodzicielstwa od strony rodzica lub brakiem takiego doświadczenia. Przede wszystkim każdy potencjalny rodzic (lub nie-rodzic) doświadczył w swoim życiu rodzicielstwa co najmniej z perspektywy dziecka, nawet jeżeli nie został wychowany przez rodziców – takie doświadczenie także tworzy pewne osobiste koncepcje na wspomniany temat i dyktuje niekiedy nasze prokreacyjne decyzje. Każdy z nas doświadczył bycia dzieckiem i każdy z nas doświadczył na sobie skutków różnych wychowawczych decyzji.


Z rozmaitych doświadczeń z rodzicami, ale nie tylko, w ogóle z całego procesu dorastania i dojrzewania oraz tego, jakiej opieki i wsparcia wówczas doświadczyliśmy i od kogo, płyną nasze późniejsze konotacje związane z rodzicielstwem, z dziećmi i ich wychowywaniem, z efektywnością lub nieefektywnością poszczególnych metod wychowawczych, których doświadczyliśmy lub które obserwowaliśmy. W wyniku przetworzenia tych wszystkich doświadczeń kreujemy własne postawy lub powielamy te, które poznaliśmy.


O ile oczywiście takie przetworzenie w ogóle następuje, bo czasami łatwiej jest zamieść trudne doświadczenia pod dywan nieświadomości i pozornie się od nich odciąć – wtedy na ogół, chcąc nie chcąc, bezwiednie kopiujemy prędzej czy później to, czego sami doświadczyliśmy w przeszłości, często kalecząc w rezultacie kolejne pokolenie, bo doświadczenia zamiatane pod dywan to na ogół te skrajnie krzywdzące i dewastujące osobowość. Czy o tym myślimy, czy nie, procesy te zachodzą w naszych umysłach co najmniej na poziomie podświadomym, a ich przebiegiem zarządzają przekonania nabywane przez nas na przestrzeni życia.


Dlaczego nie mamy lub nie chcemy mieć dzieci?


Ten artykuł z “Wysokich obcasów” złożony był z fragmentów książki traktującej podobno o szeroko pojętej codzienności Polek i całkiem trafnie przedstawił bardzo różnorodne perspektywy na decyzję o bezdzietności, perspektywy świadczące o różnym stopniu dojrzałości emocjonalnej stojącej za tymi decyzjami, a właśnie na niej powinniśmy przecież opierać decyzje zarówno o świadomym rodzicielstwie, jak i nie-rodzicielstwie. Jednocześnie wszyscy dobrze wiemy, jak często decyzje takie zapadają pod presją bezpośredniego otoczenia czy innych zewnętrznych narracji, a nie pod wpływem gruntownie zweryfikowanej osobistej perspektywy.


Wśród przedstawionych perspektyw na “nie” motywacje były bardzo różnorodne: jedna z wypowiadających się kobiet poddała się decyzji męża, który dzieci mieć nie chciał, inną skutecznie zniechęciły toksyczne wzorce wyniesione z domu rodzinnego, następna uwzględniła perspektywę możliwej katastrofy klimatycznej, a jeszcze inna stwierdziła, że “sama myśl, że mogłoby dotknąć ją dziecko, napawa ją obrzydzeniem”. To oczywiście super, że w tej sytuacji nie decyduje się na dzieci, jednak tego rodzaju fobię zawsze warto dla własnego dobra zweryfikować – to tak tylko nawiasem mówiąc.


Niektórzy z nas nigdy nie powinni zostać rodzicami i wiemy o tym wszyscy, a jednocześnie zdecydowanie zbyt rzadko na ten temat otwarcie dyskutujemy. Dajemy sobie wciskać narracje o ochronie świętego życia, o prawie do życia jako obowiązku, o upadającej demografii, ale mało kto podnosi pytanie, czym jest dla człowieka dorastanie w niesprzyjającym środowisku, jakie zazwyczaj zapewniają swoim dzieciom rodzice niedojrzali, niezaradni i nieodpowiedzialni, a takich wciąż przecież mamy w naszym społeczeństwie na pęczki.


Nie chodzi oczywiście o to, żeby z urzędu odbierać dzieci głupim rodzicom lub nakazywać nieodpowiedzialnym ludziom stosowanie antykoncepcji. Problemy związane ze zbiorowym postrzeganiem rzeczywistości kiepsko się rozwiązuje za pomocą koślawych regulacji prawnych; jak powinno nas już nauczyć życie społeczne, jedynym rezultatem takich rozwiązań jest budowanie równoległej, wirtualnej rzeczywistości, odklejonej zupełnie od tego, co pokazuje prawdziwe życie i codzienne problemy jednostek. Zdecydowanie bardziej efektywne w skutkach okazuje się zwykle nazywanie rzeczy po imieniu.


A dlaczego mielibyśmy chcieć?


Publiczne dywagacje na temat rodzicielstwa spłycamy współcześnie do perspektywy “chcę/nie chcę”. To i tak szersze spojrzenie niż niegdysiejsze “teraz czy później”, czy też poprzedzające je uznawanie przyrodzonej powinności rodzicielstwa, ale spojrzenie wciąż niewystarczające.


Społecznie oczekujemy od siebie nawzajem wystarczająco dobrego powodu do niechcenia dzieci. Ja proponuję jednak, abyśmy spróbowali odwrócić perspektywę i zaczęli się częściej zastanawiać, jakie motywacje do ich chcenia są wystarczająco racjonalne i sensowne. Przy decyzji tak odpowiedzialnej – w końcu mamy sprowadzić na świat życie, które docelowo ma w nim spędzić prawdopodobnie dobrych kilkadziesiąt lat – dobrze by było rzeczywiście starannie i rzetelnie weryfikować swoje pobudki i zastanowić się, czy „żeby miał kto pracować na moją emeryturę”, „podał szklankę wody na starość” czy „bo dzieci to samo szczęście” to uzasadnienia wystarczająco sensowne, by nie uwłaczać ludzkiej godności.


Zbyt rzadko zadajemy publiczne pytanie o to, dlaczego i po co mamy lub chcemy mieć dzieci. Zaczynamy widać mówić, dlaczego ich nie mamy lub nie chcemy i bardzo dobrze, bo naświetlamy w ten sposób perspektywy upychane wcześniej wstydliwie w naszej wspólnej, zbiorowej szafie. Przyzwyczailiśmy się do forsowanych na nas narracji o tym, że rodzicielstwo jest nam pisane (religia) lub niezbędne do przetrwania (polityka). Zauważamy w końcu, że jedna odpowiedź sprowadza się do “bo tak”, a druga “bo chcemy utrzymać międzypokoleniowe zależności”, i na szczęście już nam to nie wystarcza.


Świadome rodzicielstwo przed czy dopiero w trakcie?


Obserwuję wśród swoich rówieśników – a nie jestem jeszcze taka stara – pierwsze śluby i pierwsze rozwody, czasami kolejne śluby, decyzje rodzicielskie – czasami planowane, czasami spontaniczne lub nawet pochopne, decyzje o rozstaniach już po powołaniu potomstwa na świat, decyzje o pozostaniu w niekompatybilnej parze ze względu na społecznie rozumiane “dobro” dzieci czy dziecka, albo wprowadzanie nowych partnerów rodziców w życie dzieci, które mają się przyzwyczaić i zaakceptować, a jeżeli dojdzie do rozstania, najlepiej nie zadawać o to pytań i wymazać patchworkowego wujka czy ciocię z pamięci.


W dyskusji publicznej funkcjonuje co prawda pojęcie “świadomego rodzicielstwa”, ale koncentruje się ono na tym, co się dzieje, kiedy dziecko już jest. Nie podnosimy szczególnie kwestii tego, po co dziecko jest i jaka jest czy powinna być nasza rola w procesie jego dorastania. Z jakiego powodu i w jak dobranej parze powołujemy je na świat, jaką rolę jesteśmy w stanie i chcemy odegrać, a potem odegramy w jego życiu. Jakie fundamenty możemy zapewnić jego psychice wobec własnej dojrzałości emocjonalnej lub jej braku, bo to w konstrukcji psychologicznej zaczyna się satysfakcjonujące życie, a nie w określonych warunkach ekonomicznych lub takiej czy innej konfiguracji rodziny.


Zastanawiamy się co najwyżej, jaką rolę w naszym życiu odegra ono, jeżeli rekompensujemy sobie za jego pomocą deficyty emocjonalne ("żeby ktoś mnie bezwarunkowo kochał") lub za intencję jego powołania przyjmujemy tak zwane “scalenie związku”, lub co gorsza – uznajemy, że na dziecko przychodzi po prostu czas, że to taki sam szczebelek życia jak decyzja o kierunku kształcenia czy zawodowej kariery.


No i jeśli niespecjalnie weryfikujemy – my, ludzie – te swoje intencje i nie przemyślamy wystarczająco uważnie decyzji o rodzicielstwie, to często później powtarzamy te skrajnie uwłaczające człowieczeństwu kocopoły o szklance wody na starość i żeby było komu zapracować, o ile w ogóle jakoś uzasadniamy przed samymi sobą te decyzje w sytuacji, kiedy tak naprawdę w ogóle tych dzieci nie chcemy, bo jak się nad tym głębiej zastanowić, nie mamy im wiele do zaoferowania.


Rodzicielstwo a systemowe figielki


Do tego dochodzą jeszcze konteksty zewnętrzne, społeczne. Dane demograficzne pokazują podobno, że wyraźnie spadają wskaźniki urodzeń od chwili zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, co nie powinno chyba specjalnie dziwić – zachodzenie w ciążę to w tych czasach ryzyko większe niż kiedyś, tym bardziej, że dostęp do opieki medycznej jest od dłuższego już czasu ogólnie utrudniony. Rodzic rodzący nie może nie brać pod uwagę warunków opieki okołoporodowej, na jakie może sobie pozwolić, a nie jest tajemnicą, że te oferowane publicznie bywają dramatycznie często traumatyzujące i odzierające z godności.


Trudno ignorować też niejasny kształt życia społecznego, w jakim współcześnie funkcjonujemy, nie wiemy nawet, w jakim kierunku z tym wszystkim zmierzamy, a z dużym prawdopodobieństwem możemy się nawet spodziewać dalej idących przykrości. Nie mówiąc już o poziomie dostępu do żłobków i przedszkoli czy zdewastowanym systemie edukacji – jakim doświadczeniem jest i będzie dla młodego umysłu dojrzewanie intelektualne w sidłach i obrębie takiego krużganka?


Pojawiają się tutaj też zabawne paradoksy: aby zostać rodzicem adopcyjnym, trzeba zaprezentować się w oczach systemu jako wystarczająco odpowiedzialna i wydolna materialnie osoba, między innymi o wystarczająco stabilnej sytuacji mieszkaniowej. Ja na przykład wynajmuję mieszkanie i co parę lat się przeprowadzam, a współczesne realia rynku nieruchomości podpowiadają mi, że raczej się to szybko nie zmieni. Według przepisów adopcyjnych mogłaby to być istotna bariera dla mojego rodzicielstwa, ale gdybym zaszła w ciążę i z tych samych powodów rozważała jej usunięcie, nie miałabym w ramach tego samego systemu legalnej możliwości, bo nie byłby to wystarczająco ważny, politycznie uznany powód do wycofania się z biologicznej procedury.


System wspiera odpowiedzialne rodzicielstwo wobec już istniejących i porzuconych dzieci (zamykając je w ośrodkach, które często trwale niszczą ich psychikę), wobec „nienarodzonych” nawołuje do spontaniczności, niefrasobliwości i pseudoheroizmu. System wspiera nieodpowiedzialne decyzje rodzicielskie, żeby dzieci, tkanki społecznej było dużo, a w tym samym czasie tych, nad którymi sam sprawuje nieudolną państwową opiekę, nie chce oddawać w nie dość odpowiedzialne ręce.


Jeszcze jeden zabawny paradoks: kandydaci na rodziców adopcyjnych muszą przejść obowiązkowe szkolenie, które ma oswajać lęki i obawy, a także kształtować kompetencje rodzicielskie w zakresie pielęgnacji dziecka, umiejętności rozpoznawania jego potrzeb na poszczególnych etapach życia, budowania jego poczucia wartości oraz rozwijania prawidłowych postaw wychowawczych. Szkolenie jest obowiązkowe, chyba że adopcja dotyczy dziecka, z którym kandydaci są spokrewnieni. Wtedy nie potrzebują wsparcia w kształtowaniu kompetencji rodzicielskich – system uznaje widać, że wobec biologicznego pokrewieństwa ujawniają się one naturalnie. Bo przecież dzieci to samo szczęście.


Autorefleksyjne postawy zasługują raczej na propsy


Dziecko nie jest dla rodzica, to rodzic jest dla dziecka i jeżeli ktoś nie jest gotowy do wzięcia na siebie takiej odpowiedzialności – olbrzymiej odpowiedzialności! – po prostu nie powinien jej podejmować i przede wszystkim nie powinien być z tego powodu rozliczany przez społeczeństwo.


Świadome, autorefleksyjne postawy zasługują raczej na propsy i uznanie. Jeżeli coś powinno w tym kontekście budzić nasz bezwzględny sprzeciw, to chyba raczej naganianie do tępego prokreowania dla dobra narodu czy gospodarki, ustanawianie parametrów “przyrostu naturalnego”, tworzenie z nas, naszych żyć i rodzin – zasobów, wskaźników i czynników. Takie parametryzowanie odbiera nam podmiotowość na rzecz masy społecznej, naszego rzekomo wspólnego społecznego ciała, w którym mamy pełnić rolę pojedynczej komórki bez większego indywidualnego znaczenia, zobowiązanej dopasować się do narzuconego kształtu, a najlepiej niezabierającej w ogóle głosu.


Nie powinno nas nadmiernie interesować, jakie motywacje stoją za osobistymi, indywidualnymi decyzjami o nie-rodzicielstwie. Oczywiście, możemy i powinniśmy o tym rozmawiać w ujęciu uogólnionym, żeby poszerzać zbiorową perspektywę. Ale dyskutowanie na temat nie oznacza narzucania sobie nawzajem stylów życia. Nie decydujemy za innych, kto będzie mieszkał na wsi, kto w mieście, kto będzie prokuratorem, kto spawaczem, a kto specjalistą IT. Decyzje prokreacyjne analogicznie nie powinny zapadać dla „dobra ogółu” i pod jego wpływem, tylko z perspektywy konkretnej rodziny czy pary, bo to na jej rzeczywistość mają bezpośredni wpływ.


Powinniśmy za to zacząć nieco uważniej weryfikować promowane publicznie narracje pro-rodzicielskie, bo na tym polu nawarstwiliśmy przez pokolenia skrajnie toksyczne, nieodpowiedzialne postawy i zależności, nie podejmując specjalnie wysiłku ich międzypokoleniowego zrewidowania, na czym cierpimy wszyscy. Na tym właśnie polega problem z bezrefleksyjnym czczeniem “tradycji” i “społecznych wartości”. Kilka pokoleń temu napędzani byliśmy do odbudowywania narodu i tak nam już jakoś niestety zostało.


Media informacyjne nie pozwalają nam nie wiedzieć, jak wiele nieszczęść, dramatów, zdewastowanych i niedokończonych żyć wynika z nieodpowiedzialnych, pochopnych, niesamodzielnie podjętych lub narzuconych decyzji prokreacyjnych. Jak wiele dzieci dorasta w patologicznych środowiskach, doświadcza przemocy fizycznej i psychicznego maltretowania, zaniedbania emocjonalnego, ekonomicznego i edukacyjnego. Jak bardzo uniwersalne i niezależne od pozycji społecznej są to problemy, bo nie ma jeszcze żadnej sprawdzonej recepty na bycie sensownym rodzicem.


Rodzic jako bohater tragiczny


Kiedy stajemy się rodzicami, nieuchronnie czekają nas momenty, w których nie ma już dobrych decyzji, bo prędzej czy później nasz interes jako rodzica stanie w konflikcie z interesem dziecka, za które będziemy odpowiedzialni. Niezależnie od tego, jak w takiej sytuacji zadecydujemy, przeżyty konflikt odciśnie piętno i na relacji, i na samym dziecku, czy raczej jego osobowości. Nie ma czegoś takiego jak idealni rodzice, ale możemy wyróżnić co najmniej rodziców mądrzejszych i głupszych. 


Niestety doświadczenie społeczne i współczesna wiedza psychologiczna pozwalają stwierdzić, że i w obrębie “nowoczesnych”, i “tradycyjnych” podejść wychowawczych wykreowaliśmy całą masę wzorców głupich. Głupi rodzice wychowują przyszłych głupich rodziców, zawsze mających co prawda szansę odrzucenia szkodliwych postaw, ale nadal nie zawsze tej szansy świadomych i nie zawsze zdolnych po nią sięgnąć. I tak się to życie społeczne toczy, dlatego fajnie, że coraz bardziej otwarcie o tym rozmawiamy.


Rodzicielstwo nie zawsze jest pięknym doświadczeniem i prawdopodobnie nigdy nie jest doświadczeniem łatwym. Rodzicielstwo jest w naszym systemie i kulturze sprawowaniem władzy, a tam, gdzie jest władza, praktycznie zawsze dochodzi do większych lub mniejszych nadużyć. Wbrew społecznym mitom nie każdy człowiek odnajdzie się w roli rodzica, nie każdy jest do niej predysponowany i niektórzy z nas nigdy nie będą. Najwyższy czas stanowczo podważyć społeczne narracje sprowadzające nas do roli budowniczych narodu i zdać sobie zbiorową sprawę, co naprawdę robimy, sprowadzając na świat nowego człowieka.


Z pełnym przekonaniem podtrzymuję twierdzenie, że lepiej nie mieć dzieci wcale, niż mieć je z niewystarczająco dojrzałym czy też odpowiedzialnym partnerem lub partnerką. Można mieć potencjał najlepszego rodzica na świecie, jednak wobec nieodpowiedzialności współrodzica nie będzie to miało żadnego znaczenia, kiedy w zastanych przez nas uwarunkowaniach kulturowych wpływ na życie dziecka zawsze będą mieli oboje, nawet jeżeli jedno z nich będzie rodzicem wirtualnym. Warto zauważyć, że w świadomej decyzji o nie-byciu rodzicem górę nad domniemanym egoizmem bierze przede wszystkim odpowiedzialność.

Świadome rodzicielstwo może też zaczynać się od świadomego wyboru współrodzica, a może tak właśnie zaczynać się powinno? Mam wrażenie, że w paru ostatnich latach dramatycznie wzrosła liczba dramatycznych rozstań celebrytów zaraz po sprowadzeniu na świat dzieciątka. Ciekawe, jaki wpływ dramaty te wywierają na społeczne dyskusje i postawy. Ilu jeszcze nieodpowiedzialnych ludzi musi się publicznie zejść, rozmnożyć i hucznie rozstać, żeby dotarło do nas jako zbiorowości, że dzieci nie są naszymi maskotkami, „naturalną koleją rzeczy” ani czymś, co nam się prędzej czy później przytrafia?

____

Comments


Commenting has been turned off.
bottom of page