top of page
sterne-rauch-nebel-hintergrund.jpg
  • Zdjęcie autoraniezastarapanna

Czy depresję można wyleczyć dietą i specjalnymi oksami? Czy wolno o tym rozmawiać?

Zaktualizowano: 22 lip 2023

Posypały się gromy na Bożenę Dykiel za podważanie oficjalnie zatwierdzonych narracji na temat leczenia depresji i zaprezentowanie na wizji specjalnych oksów, które mają jej pomagać w regulowaniu nastroju. Do czasu kontrowersyjnej wypowiedzi aktorka była ambasadorką akcji “Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. Okazało się, że stojąca za nią fundacja jednak ocenia i jednak nie akceptuje, bo Dykiel szybciutko ambasadorką być przestała. A co jeżeli oksy pani Dykiel rzeczywiście są jej pomocne? Czy wolno jej dzielić się tym doświadczeniem? Czy depresja ma prawo mieć tylko jedną oficjalną twarz, wbrew liczbie mnogiej zastosowanej w nazwie fundacji i haśle kampanii?


Na 31 lat życia przez co najmniej 10 zmagałam się z depresją. Na przestrzeni tego czasu w różnych okresach i z różnym natężeniem odczuwałam w życiu codziennym jej objawy: czasami mimo wewnętrznego cierpienia funkcjonowałam na zewnątrz całkiem normalnie, czasami nie byłam w stanie wyjść z domu, czasami nawet z łóżka. Czasami wychodziłam, ale jednak zawracałam. Czasami nie byłam w stanie wziąć prysznica, zrobić prania ani przygotować sobie normalnego posiłku. Czasami przymuszałam się i prowadziłam aktywne życie towarzyskie, bywałam w pozornie romantycznych relacjach, kończyłam studia, zmieniałam kolejne prace, budowałam wokół siebie namiastki sensu podejmowanych na co dzień decyzji, chociaż w środku wszystko we mnie gniło.


Czasami wydawało mi się, że jestem zdrowa jak ryba i tylko w chwilach słabości okazywało się, że widmo choroby wcale nie zostało zażegnane. Innym razem cały organizm odmawiał współpracy, dostarczając coraz to nowych źródeł bólu i innych zmartwień, których fizyczne podłoże zawsze było jakoś dziwnie niejasne. Czasami decydowałam się na współpracę z terapeutami, czasami na farmakoterapię, czasami chciałam radzić sobie na własną rękę, przede wszystkim poprzez pogłębianie wiedzy. Nie miałam skłonności do poszukiwania nowinek takich jak oksy pani Dykiel, ale wieści o nich nie wywoływały też mojego oburzenia, bo niby dlaczego miałyby. Każdy próbuje sobie radzić jak może i nikogo nie powinno to dziwić.


Przyjęło się twierdzić, że za depresję odpowiada słynna "nierównowaga chemiczna w mózgu", jednak wbrew mokrym snom farmakofilów jest to tylko jedna z wielu teorii na temat przyczyn (a może skutków?) choroby, a odczuwalne objawy sprowadzają się przede wszystkim do ogólnej kondycji, samopoczucia i ścieżek, którymi wędrują udręczone myśli. Regulowanie chemii co najwyżej czyni chorowanie znośniejszym, jednak samo w sobie nie eliminuje przyczyn tkwiących w konstrukcji psychologicznej chorego.

  

Dużo przyczyn to dużo rozwiązań


Depresja to bardzo niejednoznaczna choroba i wydaje się całkiem logiczne, że skoro może mieć mnóstwo rozmaitych przyczyn i przebiegów, to może istnieć też co najmniej kilka metod skutecznej z nią walki. Można jej doświadczyć w wyniku gwałtownych wydarzeń, jak i bardzo stopniowo pogłębiającego się niezadowolenia z takich czy innych obszarów życia. Czasami wpędzamy się w nią sami, czasami robi nam to niesprzyjające otoczenie. Ilu chorych, tyle twarzy depresji. 


Jak głosi na swojej stronie fundacja “Twarze depresji”, “połączenie farmakoterapii i psychoterapii jest najskuteczniejszą drogą walki z tą chorobą”. Nie mam na celu podważania tego twierdzenia, bo nie poznałam osobiście konkretnych badań na ten temat. Nie wolno jednak zapominać, że “najskuteczniejsza” nie oznacza “jedyna skuteczna”. Na podstawie również własnego doświadczenia z lekarzami i terapeutami twierdzę, że współpraca z niekompetentnymi specjalistami może równie dobrze przynieść więcej szkody niż pożytku. Niestety nie brakuje lekarzy, którzy dobierają leczenie “na oko”, ani terapeutów pracujących na wątpliwych etycznie zasadach, nawet pod osłoną mitycznego certyfikatu kompetencji. Nie brakuje też specjalistów, którzy lekceważą konieczność nieustannego tych kompetencji podnoszenia. 


W psychoterapii przychodzi niekiedy taki moment, kiedy współpraca z terapeutą nie przynosi już wymiernych rezultatów. Może się też okazać, że osiągnięcie wyznaczonych na początku współpracy celów w rzeczywistości nie wywarło znaczącego wpływu na jakość codziennego życia pacjenta i prędzej czy później jego kondycja psychiczna wraca do punktu wyjścia. Może się okazać, że leki dobrane przez specjalistę nie pomagają. A może pomagają, ale wywołują inne dotkliwe objawy i pacjent nie chce lub nie może ich już brać. Czy wolno o tym mówić?

Wolno leczyć się i chorować tylko w uznany społecznie sposób?


Jeżeli kogokolwiek oburza twierdzenie, że depresję można wyleczyć dietą lub dobrym snem, to spieszę z wyjaśnieniem, że owszem, w pewnym sensie można. Kiedy po wielu latach udręki trafiłam na specjalistkę, która u podstaw współpracy położyła nacisk na tak prozaiczne oczywistości jak ta, że ciało nie będzie współpracowało z wolą, jeżeli jego podstawowe potrzeby nie są mądrze zaspokajane - dopiero wtedy zaczęłam zdrowieć naprawdę. Pamiętam co prawda, że wiele lat temu przy pierwszej farmakoterapii pani doktor "coś tam wspominała" o higienie snu, ale nie interesowała się szczególnie, jak ona u mnie rzeczywiście wygląda. Żeby nie było, bardzo dobrze wspominam tamtą panią doktor; jak na standardy współpracy w ramach NFZ poświęciła mi naprawdę dużo uwagi i troski, to raczej ja w tamtym czasie nie miałam jako pacjentka świadomości swoich potrzeb i oczekiwań.


Sądzę, że nie ma jej większość osób zgłaszających się w bezsilności po pomoc. I o ile, owszem, podzielam opinię, że specjalista to dobry trop w ramach pierwszej pomocy, to nie mam też wątpliwości, że przychodzi moment, kiedy pacjent musi zacząć sobie radzić sam, o ile nie chce być na lekach do końca życia. Wtedy pomocne mogą się okazać higiena snu i życia codziennego, odpowiednia dieta, praktyki mindfulness, joga, techniki oddechowe, medytacja, akupunktura czy oksy pani Dykiel. 


Wyzdrowiałam po swojemu - mam umrzeć?


Nie wiem, jak to jest mieć depresję inną niż moja, więc z pewnością i przekonaniem mogę wypowiadać się jedynie o własnym doświadczeniu. Ja ostatecznie i skutecznie, po 10 latach udręki i psychologicznej tułaczki, wyleczyłam się dietą, zdrowym snem i medytacją oraz sumienną pracą własną ukierunkowaną na trwałą zmianę przekonań i nawyków, które przez lata sterowały moją codziennością i pogrążały mnie w marazmie. Ale też pierwszy etap tej pracy był koordynowany przez terapeutkę, bez której na pewno znacznie trudniej byłoby mi przejść przez najgłębszy kryzys w życiu.


W moim przypadku konieczne okazało się również całkowite przeprojektowanie otoczenia i codzienności, bo nie byłam w stanie odnaleźć sensu w życiu skoncentrowanym na nikomu niepotrzebnej pracy, jałowych relacjach i trybie życia dostosowywanym na siłę pod „społeczne normy”. Dzisiaj mam już świadomość, że ze względu na specyficzne cechy mojej konstrukcji - mądre regulowanie samopoczucia to moje zadanie codzienne już do końca życia. Nie wiem, czy oksy pani Dykiel pomagałyby mi w nim skutecznie, ale mimo całej mojej przemądrzałości nie przyszłoby mi do głowy upierać się, że na pewno są nieskuteczne, skoro pani Dykiel pomagają. Czy wolno jej o tym mówić? Czy wolno mi mówić, że w moim przypadku kluczowo ważne okazały się dieta i sen, i że piguły na dłuższą metę nie były żadnym rozwiązaniem?


Wbrew farmakofilnym wizjom tak chętnie promowanym przez współczesny mainstream, że w depresji pomóc może tylko tabletka, mniej obowiązkowo terapia, a następnie czekanie na cud - do działania, wszelkiego działania chory musi się w końcu zmotywować, a niekiedy zmusić sam, bez względu na to, czy łyka piguły, czy nie. Tabletka nie leczy, tabletka pomaga zredukować cierpienie. Przy czym nie można o niej powiedzieć, że sama w sobie zapewni choremu zapał do czegokolwiek.


Trudno mi zaprzeczyć, że całokształt rozmowy z Bożeną Dykiel, w kształcie referowanym przez media, wypadł ogólnie niezręcznie; uderzyło mnie jednak, w jak bardzo histeryczny sposób zajście to jest przez te media komentowane. Nie mogę też nie zgodzić się z wypływającą z jej wypowiedzi konkluzją, że w obecnej rzeczywistości coraz ciężej jest chcieć żyć.

_____

PS W moim wpisie intencjonalnie zignorowałam tak oczywiste wątki jak

  1. niska dostępność specjalistów (szeroko ostatnio dyskutowana)

  2. brak świadomości społecznej na temat mnogości nurtów i podejść terapeutycznych, powodujący ogólne zagubienie przy próbach znalezienia profesjonalnej pomocy

  3. bariery finansowe

które powodują, że osoby dotknięte psychicznym cierpieniem, chcąc nie chcąc, często są zmuszone radzić sobie na własną rękę.

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


Commenting has been turned off.
bottom of page