top of page
sterne-rauch-nebel-hintergrund.jpg
  • Zdjęcie autoraniezastarapanna

Kilka słów o lobotomii, pokrzepiających właściwościach cukru i stosunku WHO do homoseksualizmu

Niejedna medyczna, naukowa rekomendacja i niejedno medyczne, naukowe przekonanie odbiło się niejednemu pokoleniu czkawką. W dzisiejszych czasach, czyniąc podobną konstatację, należy się liczyć z serią dyskredytujących inwektyw pod swoim adresem, a wkrótce być może nawet z wykluczeniem społecznym. W pewnych kręgach bowiem nauka stała się niczym innym jak ponowoczesną wariacją na temat religii, a jej wyznawcy nie odbiegają w swoim zacietrzewieniu od postaw reprezentowanych przez religijnych fundamentalistów, choć życie i doświadczenie z nie tak zamierzchłej przeszłości powinno nas już nauczyć, że każda, nawet najbardziej naukowa narracja jest dziełem człowieka, a czynnik ludzki to ten najbardziej omylny i zawodny.


I nie oznacza to wcale, że narracje te należy z góry przekreślać i odrzucać. Jeżeli jednak w obliczu chaosu informacyjnego nakręconego na niespotykaną za mojego życia skalę oczekuje się ode mnie bezwzględnego uznania narracji przekazywanej mi jako pewna i jedyna słuszna, a jednocześnie nieustannie ewoluująca, z biegiem czasu coraz bardziej wewnętrznie sprzeczna i usiłująca coraz śmielej pogrywać na moich emocjach, instynkt samozachowawczy każe mi się trzymać od całego tego cyrku z boku, co też z premedytacją czynię. Pewnych kwestii jednak nie jestem w stanie pominąć milczeniem.


“Cukier krzepi”, czyli narkotykowa propaganda międzywojnia


Współcześnie szkodliwe właściwości cukru wydają nam się dość oczywiste, zdajemy się powszechnie rozumieć, że tak zwany “podatek cukrowy” ma za zadanie służyć naszemu dobru i tak dalej. Niespełna sto lat temu jednakże oficjalna narracja w tej sprawie była dokładnie odwrotna, a jeden z najbardziej symbolicznych sloganów reklamowych – “Cukier krzepi” – pochodzi właśnie z tamtego okresu. Była to być może najszerzej zakrojona, a z pewnością najlepiej utrwalona w zbiorowej pamięci kampania propagandowa międzywojnia; służyć miała oczywiście zwiększeniu popytu na cukier, który jednocześnie był w tamtym czasie horrendalnie drogi i dla większości społeczeństwa niedostępny.


“U podstaw kampanii propagandowej leżał światowy kryzys cukrowniczy, który zaczął się w 1924 r., gdy produkcja cukru przewyższyła jego konsumpcję. W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się producenci droższego od trzcinowego cukru buraczanego, w tym Polska. Chcąc zwiększyć popyt, rozpoczęli akcje promujące na wewnętrznych rynkach zbytu. W II RP produkcja i sprzedaż cukru kontrolowana była przez kartel, na którego czele stała Rada Naczelna Polskiego Przemysłu Cukrowniczego. Działalność karteli była w tym okresie wspierana przez państwo, by zwiększyć możliwości eksportowe polskiego przemysłu” – czytamy w “Polityce”.


Wyjątkowy niesmak budzą we mnie propagandowe obrazki żerujące na emocjach matek – oto kilka ilustracji z artykułu na portalu wielkahistoria.pl:

Cukierki, marmeladki, czekolada, konfitury

Według autorów wpisu na wielkahistoria.pl dr R. Stankiewicz istniał i był lekarzem

Najskuteczniejszy środek odżywczy

„Tylko”, „naprawdę”… A nie, przepraszam – to nie ta kampania

Temat tej kuriozalnej kampanii fascynuje współczesnych badaczy dokładnie tak, jak czasy współczesne będą przedmiotem badań naszych wnuków i prawnuków. Oczywiście przed stu laty propaganda adresowana była do społeczeństwa niewykształconego, co więcej – w latach 20. mniej więcej 1/3 ludności Polski stanowili analfabeci, w latach 30. blisko 1/4. Współcześnie jednak upowszechnia się tak zwany “analfabetyzm funkcjonalny”, który przejawia się czytaniem bez zrozumienia, brakiem umiejętności aktywnego przyswajania znaczeń, mechanicznym dekodowaniem przekazu bez jednoczesnego przetwarzania. Im mniej rozwinięta nasza zdolność do krytycznego weryfikowania przyswajanych komunikatów, tym większe prawdopodobieństwo wciśnięcia nam kitu. Jednak analfabetyzm funkcjonalny pojawia się również tam, gdzie oddajemy stery umysłu wkodowanym przekonaniom i mechanizmom.


Lobotomia lekiem na całe zło psychiczne


Oczywiście “Cukier krzepi” to kampania czysto marketingowa, nie znajdująca poparcia w ówczesnej wiedzy medycznej i faktach naukowych. Zadziwiać może jednak łatwość, z jaką podobne hasło mogło się przedrzeć do zbiorowej świadomości na tak szeroką skalę mimo stania w oczywistej sprzeczności z wiedzą na temat cukru, którą jako ludzkość posiadaliśmy już ówcześnie. Uznać chyba przy tym należy, że dyskursy naukowe, nawet jeżeli próbowały obalać wspomniany slogan (nie natknęłam się na wzmiankę na ten temat, ale nie można wykluczyć takiej możliwości, choć dr R. Stankiewicz…), nie były w tym wystarczająco skuteczne. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że działania propagandowe tamtych czasów bezceremonialnie czerpały pełnymi garściami z nowo odkrywanych meandrów ludzkiej psychiki, które dla zwykłego zjadacza chleba pozostawały wiedzą tajemną, czyniąc go marionetką w rękach ich odkrywców oraz zarządców ze szczytu społecznej piramidy.


Przechodząc do innej beczki, zabieg lobotomii jest z kolei dość wyrazistym symbolem omylności już bezpośrednio świata medycyny. Lobotomia ma swoje znaczące miejsce w popkulturze, dla niezorientowanych wspomnę krótko, że chodzi o zabieg nakłuwania określonych części mózgu szpikulcem wprowadzanym przez oczodół pacjenta. Metodę rozwijano od lat 30. ubiegłego wieku i od początku zachwalano jako bardzo skuteczną w leczeniu wielu przypadłości psychicznych – od nerwic lękowych przez schizofrenię i depresję, aż do homoseksualizmu, do którego wrócę w dalszej części tekstu. Za opracowanie tej metody jej autorowi przyznano nawet nagrodę Nobla w 1949 roku.


Była to bowiem metoda jak na tamte czasy nowatorska i obiecująca, w kontekście ówczesnych metod „leczenia” przypadłości psychicznych wcale nie tak bardzo niehumanitarna. Podobno nawet działała, podobno u 2/3 pacjentów odnotowywano "poprawę" stanu psychicznego. Lobotomia prowadziła istotnie do ukojenia nerwów, czasami tak silnego, że pozbawiającego pacjenta jakiejkolwiek osobowości. Przypuszczam, że nikt nie jest w stanie wskazać rzeczywistej liczby śmiertelnych ofiar tej innowacyjnej i bezkonkurencyjnej metody, podobnie jak liczby pacjentów okaleczonych do kalectwa umysłowego.


Intencje twórców lobotomii były być może dobre, nie wiem, nie oceniam, ponieważ nie mam kompletu informacji. Faktem pozostaje jednak, że metoda zaczęła być wycofywana, a finalnie zakazywana, krótko po wynalezieniu pierwszych leków psychotropowych, które umożliwiały regulowanie stanu psychicznego bez mechanicznej ingerencji w mózg pacjenta. Kariera lobotomii była krótka – bo niespełna 30-letnia – acz spektakularna. Miała swoich oddanych fanów zarówno wśród leczących, jak i leczonych, choć raczej trudno zakładać, że wszyscy pacjenci poddawali się jej dobrowolnie – były wśród nich także dzieci i osoby klasyfikowane jako niepełnosprawne intelektualnie, a podobno również “wrogowie polityczni”. Przez niektórych jednak lobotomia bywała uznawana za jedyną deskę ratunku. Do jakże wariackich desek ratunku potrafimy się zwracać, kiedy nosimy w sobie przekonanie, że to deski jedyne i ostatnie.


Światowa Organizacja Zdrowia a homoseksualizm


Szaleni naukowcy-pionierzy to jedno, jednak pieczę nad nimi stanowią poważne i poważane instytucje przesiewające ich wnioski badawcze i dokonujące ich legitymizacji lub deprecjacji. Do instytucji takich z całą pewnością zaliczyć należy powszechnie rozpoznawalną w ostatnich latach Światową Organizację Zdrowia, czyli WHO.


Homoseksualizm bywał “leczony” lobotomią i elektrowstrząsami, a leczony w ogóle bywał, ponieważ aż do maja 1990 roku figurował na międzynarodowej liście chorób i zaburzeń według WHO, dopóki 17 maja tego właśnie roku nie został z listy tej oficjalnie wykreślony. Na pamiątkę tego podniosłego wydarzenia 17 maja obchodzony jest “Międzynarodowy dzień przeciw homofobii, transfobii i bifobii”, dzięki któremu pamiętamy, że nawet lekarze i naukowcy potrafią się przyznawać do błędów. Polski autorytet – Zbigniew Lew-Starowicz – podobno nawet przeprosił publicznie swoich pacjentów, których poddawał terapiom “zmieniającym” orientację seksualną, jednak podręcznik jego autorstwa, który do dziś służy (lub jeszcze do niedawna służył – być może coś się zmieniło) za podstawę kształcenia seksuologów, zawierał informacje o patologicznym charakterze orientacji innej niż heteroseksualna i możliwości jej leczenia.


W ramach ciekawostki dodam, że inna, równie poważana instytucja – Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne – wykreśliło homoseksualizm z ich własnej klasyfikacji chorób prawie 20 lat wcześniej, w roku 1973, wciąż jednak klasyfikując go jako zaburzenie orientacji seksualnej (ale już nie “dewiację”), a więc i sami specjaliści opierający się na poważanych normach mogli czuć się zagubieni – co dopiero mówić o pacjentach.


Jak wiemy, WHO niezmiennie ma dla nas mnóstwo dobrych porad i rekomendacji (choć zmiennych), a my wciąż z dokładnie tą samą ufnością mamy je przyswajać. Wierząc na słowo, że nadużycia ze strony autorytetów nigdy nie wynikają ze złej woli i z całą pewnością już nie występują, ponieważ mamy do czynienia z instytucją poważną i poważaną, a więc godną zaufania. Cóż, w ciągu ostatnich 30 lat z całą pewnością nastąpiły roszady wśród jej decydentów a wraz z nimi – ich przekonań forsowanych na społeczeństwa, dlaczego jednak mielibyśmy zakładać, że tym razem już z całą pewnością nikt nie wprowadza nas błąd, do czego przecież wcale nie trzeba nawet złej woli?


O płynności norm seksuologicznych wspominałam już w moich wpisach z przeszłości, ponieważ zamierzałam zająć się badaniem płynności tychże dyskursów i miałam okazję przyjrzeć się im uważnym okiem, co zresztą nadal chętnie czynię. Na przykładzie seksuologii możemy niezwykle wyraźnie zobaczyć, jak ogromną moc sterowania umysłami oddajemy “autorytetom naukowym”, których autorytet mamy uznawać jako bezsprzeczny i niepodważalny, gdyż jako osoby wykształcone na nasz temat lepiej od nas mają wiedzieć lepiej od nas, o co z nami chodzi. Trudno oczywiście porównywać kwestie tak subiektywne jak poczucie własnej tożsamości płciowej i pragnień związanych z seksualnym popędem z działaniem mikroorganizmów i wirusów na bardzo głębokich warstwach naszego fizycznego ciała, dlatego nie próbuję tego robić. Naświetlam kontekst.


Prawda jest jednak taka, że kontekst ten obnaża zasadniczą tendencję do nadużyć na polu tworzenia wiedzy przekazywanej nam jako obiektywna i bezsprzeczna. O ile bowiem popęd seksualny sam w sobie uznać można lub należy, jak kto woli, za powszechnie występującą cechę biologiczną organizmu ludzkiego, to już seksuologiczne opisy na temat “norm” jego rozładowywania są niczym więcej niż próbą usystematyzowania norm kulturowych w seksuologicznych, medycznych, naukowych ramach. Pod względem rozładowania popędu człowiek jest przecież absolutnie samowystarczalny, a interpretowanie – nawet w najbardziej naukowych kontekstach – wobec jakich obiektów popęd ten można lub należy lub jest normalnie adresować, wciąż pozostaje jedynie interpretacją, przystającą do określonych ram społeczno-kulturowych lub wychodzącą poza nie.


Zbawienny charakter pokory intelektualnej


Podobną płynność poważnych, naukowych rekomendacji można zauważyć być może nawet we wszystkich medycznych dziedzinach i choć zdecydowanym nadużyciem byłoby przypisywanie wszystkim ich autorom złej woli czy realizowania szemranych interesów, to trzeba być prawdziwie zacietrzewionym fundamentalistą, aby nie dostrzegać ich dość powszechnie ujawnianej omylności.


Na przykład w dziedzinie dietetyki: ile razy mówiono nam już, że jajka są zdrowe, potem że nie, potem że jednak tak, potem że tylko w bardzo konkretnych ilościach, potem że w innych, potem jeszcze co innego. W jednej dekadzie zdrowe jest masło, w innej margaryna. Mięso jest zdrowe i niezbędne lub trujące i niepotrzebne. Kawa w ciąży tak, kawa w ciąży nie. Tłuszcze takie, siakie i srakie, cholesterol, normy parametrów krwi, normy zdrowej sylwetki, normy męskiego nasienia drastycznie zaniżane co pokolenie. Jeżeli tak często zmieniamy zdanie na temat zjawisk i czynników towarzyszących nam od tysiącleci, a opisywanych medycznie od co najmniej stuleci, dlaczego bez cienia zastanowienia i bez zapędów do kwestionowania mielibyśmy łykać narracje na temat zjawisk nowych?


Oczywiście nie powinno się w podobny sposób podważać powagi autorytetów, bo głupiutcy ludzie zaraz podchwycą i zaczną wygłaszać niedorzeczne teorie szkodzące ogółowi społeczeństwa, dla bezpieczeństwa więc lepiej jest zatkać im usta i uniemożliwić sianie dezinformacyjnych, niespójnych z ogólnie przyjętą narracją teorii.

Osobiście myłam ręce po łokcie i życzyłam ludziom zdrowia ze zdrowego dystansu na długo przed tym, jak stało się to modne, i wciąż pozostaję wierna swoim ideałom. Tak się złożyło, że w początkach dynamicznej rewolucji epidemicznej pracowałam w ogólnopolskim medium informacyjnym, więc od pierwszych dni byłam z tematem na bieżąco, obserwując z bardzo bliska płynność oficjalnych narracji rodzimych i światowych oraz rozmaite próby ich podważania, a następnie tłumienia tych podważeń. Jak w każdym sporze, po obu jego stronach można znaleźć omamionych propagandą pieniaczy, w tym wypadku jednak życzących sobie nawzajem śmierci przy poklasku różnych opcji politycznych, w zależności od wersji.


A ja mówię jedynie: wiem, że nic nie wiem, podobnie jak nie wiedzą pieniacze, epidemiolodzy, wirusolodzy, WHO ze wszystkimi swoimi autorytetami na czele oraz przede wszystkim politycy, ale o tym nie powiedzą nam ani dziś, ani jutro. Jeżeli jednak ktoś z bezwzględnym przekonaniem mówi mi, że wie na pewno, co będzie dla mnie słuszne i dobre lub złe i szkodliwe, a komunikuje mi to grając na moich emocjach lub żerując w bardzo nieszlachetny sposób na strachu, w który uprzednio usiłował mnie wpędzić, wykorzystując obrzydliwe mechanizmy manipulacji, osobiście doświadczam bezwiednego zamrożenia i wybieram odcięcie się cięciem zdecydowanym. Podążam za swoim rozumem, na którego kondycję bynajmniej nie narzekam i który nie pozwala mi zapomnieć, że wiem, że nic nie wiem, i nie mam prawa ani ochoty nikogo do niczego nakłaniać.

_____

Zdjęcie ilustracyjne – Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kommentare


Die Kommentarfunktion wurde abgeschaltet.
bottom of page