top of page
sterne-rauch-nebel-hintergrund.jpg
  • Zdjęcie autoraniezastarapanna

Najważniejsza relacja w każdym życiu. Jak (i po co) zostać swoim najlepszym przyjacielem?

Gdyby zapytać kilku przypadkowych przechodniów o najważniejszą relację w ich życiu, cóż mogliby najpewniej odpowiedzieć, jaką relację wskazać? Z życiowym partnerem, rodzicem, kimś z rodziny, przyjaciół? Z przełożonym, z mentorem intelektualnym lub przewodnikiem duchowym? Może ze społeczeństwem? Ilu możliwych wskazań by tu nie rozważać, na to pytanie istnieje tylko jedna poprawna odpowiedź. Tak: poprawna, uniwersalnie zasadna dla każdego człowieka władającego jakimś zakresem kompetencji komunikacyjnych. Na obecnym poziomie naszej zbiorowej wiedzy o człowieku i świecie, jako cywilizowane społeczeństwa, powinniśmy wspierać i podnosić również naszą zbiorową świadomość tego, że najważniejszą relacją w życiu każdego człowieka jest jego relacja ze sobą samym.


A to z tej prostej przyczyny, że jakość i kształt tej relacji przekłada się na jakość wszystkich pozostałych relacji, których jesteśmy uczestnikami – zarówno tych osobistych, które budujemy i podtrzymujemy z wyboru, jak i narzucanych nam, wymuszanych na nas, czy to poprzez uwikłania biologiczne, czy przez społeczne struktury. A w jeszcze szerszym rozumieniu, które powinno przemówić do nieprzekonanych co do zasadności podobnych rozważań: przekłada się na to, jakiej jakości członkiem społeczeństwa jesteśmy, w jaki sposób podchodzimy do wypełnianych przez siebie społecznych ról. W jaki sposób je adaptujemy, jak je odgrywamy, jakie przyjmujemy w nich standardy i jakie stawiamy granice, a także jak ustosunkowujemy się do zastanych granic innych ludzi. To, w jaki sposób kształtujemy (lub w jakim kształcie utrzymujemy) tę jedną, podstawową i zasadniczą dla naszego doświadczenia relację, ma bezpośredni wpływ i przełożenie na kształt wszystkich obszarów naszego życia.


Sam koncept “relacji ze sobą” okazuje się jednak na tyle abstrakcyjny, że często bardzo płytko rozumiany. Zdarzyło mi się zagaić parę razy ten temat w towarzyskich rozmowach i co dało się wyraźnie zauważyć, to że niezwykle często spłaszczamy “dbałość” o tę relację do bardzo powierzchownych czynników. Najczęściej zdajemy się sądzić, że rozwijamy ją, dbając o swoje ciało, pielęgnując je, przystrajając, rzeźbiąc, dostarczając mu dobrego jedzonka, przyjemnych doświadczeń, lub czasami szerzej – dbając o jego ogólny komfort. Lub idąc nieco dalej, dostarczając sobie rozmaitych przyjemności i wyzwań intelektualnych, wrażeń, rozrywek, sięgając po interesujące nas treści, rozwijając zainteresowania. To wszystko jest oczywiście na swój sposób ważne, bywa nawet bardzo ważne, ale w tym wszystkim umyka nam nieuchronnie sedno sprawy. 


Co to znaczy “zadbać o siebie”?


Jeżeli chodzi o ciało, na ogół wiemy, jak o nie dbać, nawet jeżeli tego nie robimy. Uczy się nas tego powszechnie, a kultura i media dostarczają nam na ten temat mnóstwo wzorców oraz informacji w przeróżnych formach i kontekstach. W seksocentrycznej kulturze to właśnie z ciałem bardzo często identyfikujemy nieświadomie nasze “ja”: gdyby ktoś zalecił nam “zadbać o siebie lepiej”, to najpewniej pomyślelibyśmy właśnie o tym, żeby lepiej się odżywiać, lepiej sypiać, podjąć jakieś aktywności fizyczne. Może też o tym, by dopracować fizjonomię w ujęciu higieniczno-estetycznym, szczególnie w przypadku kobiet, bo taki wzorzec “zadbanej” kobiety podrzuca nam zewsząd kultura, choć panowie coraz śmielej starają się dotrzymać im kroku. 


Wiemy, że niedobrze dla naszego dobrostanu jest być zbyt grubym lub zbyt chudym, że powinniśmy dostarczać sobie odpowiednio wyważonych składników odżywczych i odpowiednich, nie za dużych i nie za małych ilości jedzenia, aby cieszyć się dobrym zdrowiem i kondycją. Że ruch jest bardzo wskazany dla dobrego samopoczucia, że niedobrze jest zbyt długo siedzieć przed komputerem lub w innej nienaturalnej dla nas pozycji. Można założyć, że wiemy o tym dosyć powszechnie, a i tak niezwykle często tę wiedzę lekceważymy.

Trudno więc dziwić się, że na bardzo ogólnikowe zalecenie “unikania stresu” nie zwracamy już nawet większej uwagi, a to chyba jedyny z tych powszechnie znanych i propagowanych czynników dobrostanu, który odnosi się bezpośrednio do doświadczenia naszej psychiki. Rzadko jednak podejmujemy się jego realizacji, bo niby jak unikać stresu we współczesnym świecie, we współczesnych realiach? Otóż – da się.


A cóż to się kryje w środku?


Warto jest regularnie zaglądać we własną psychikę nieco głębiej, czego niestety nie podpowiada się nam równie chętnie jak tego, by dbać o nasze zdrowie fizyczne. Ciało pozostawione samemu sobie, bez odpowiednio zaadresowanej opieki, bardzo szybko straci dobrą kondycję, a co za tym idzie, stanie się naszym ograniczeniem w wielu kontekstach – czy to pod względem jego sprawności, czy zewnętrznego wyglądu. Jeżeli nie dbamy na co dzień o jakość snu czy posiłków, o odpowiednią ilość ruchu, o podstawową higienę, szybko obrastamy chorobami, dysfunkcjami narządów, ograniczeniami ruchomości, nie wspominając już nawet o pocie, brudzie i owłosieniu. Współcześnie normalizowane style życia często nie pozwalają nam na to, aby dbać o te fizyczne potrzeby wystarczająco troskliwie, z drugiej strony wspierając mocno dążenie do powierzchownie “atrakcyjnego” wyglądu, na co wielu z nas daje bezrefleksyjne przyzwolenie. Dlaczego?


Bo wszystkie decyzje o tym, na co się w życiu, w ogólnym rozrachunku, decydujemy i godzimy (lub nie) – płyną z umysłu, zaś poziom dbałości, z jaką podchodzimy do zaspokajania potrzeb ciała, warunkowany jest w ogromnej mierze przez ogólną kondycję naszej psychiki. Ta natomiast, pozostawiona sobie samej, bez doglądania, porządkowania i autoweryfikowania, staje się niesprawna i omszała dokładnie tak samo, jak zaniedbane ciało.


Omszały, zaśmiecony umysł podejmuje w codziennym życiu gorsze wybory, wyciąga mniej adekwatnie uzasadnione wnioski, filtruje zastaną rzeczywistość na swoją niekorzyść znacznie częściej niż umysł zadbany i higieniczny. Innymi słowy: psychika, podobnie jak ciało, ma swoje potrzeby, których zaspokojenie jest naszym udziałem i obowiązkiem. Wymaga tego, by jej doglądać, robić w niej porządki, dbać o dostarczany jej pokarm, ponieważ zarządza wszystkimi algorytmami, które sterują naszym reaktywnym działaniem w codziennym życiu i wszystkim tym, co reprezentujemy sobą na zewnątrz.


W ciągu każdego dnia zdecydowana większość naszych działań i myśli jest warunkowana automatycznie, dzieje się bezwiednie – sterują nimi zinternalizowane przez nas wzorce, przekonania i nawyki. To od nich zależy, czy dajemy się ponosić impulsywnym reakcjom, czy wchodzimy w konflikty, odpowiadamy na zaczepki, angażujemy się w plotki, ostracyzmy i inne społeczne zmowy, czy wchodzimy w zachowania, które wyrządzają nam wewnętrzną krzywdę, zatruwając naszą psychikę jadem, złością i zazdrością, co zatem w pierwszej kolejności zatruwa życie nam samym.


Podobnie warunkowane są decyzje o tym, co dostarczamy swojemu ciału, jakie formy rozrywki podejmujemy, w jakim towarzystwie przebywamy, czy w ogóle przychodzi nam do głowy zastanowić się nad tym. Również: na ile pozwalamy innym ludziom ingerować w nasze życie lub na ile sami mamy skłonność do inwazyjnego ingerowania w cudze życia.


Systemowe schematy, w których funkcjonujemy, powodują, że większość z nas w dorosłe życie wchodzi psychicznie kulawa lub otępiała – wątpliwości co do tego nie pozostawiają powszechnie znane ustalenia współczesnej psychologii. Do czasu osiągnięcia pełnoletności pozostajemy całkowicie zależni i ubezwłasnowolnieni, tłoczeni w stadach równających wszystkich do jednakowo zaprojektowanej przeciętności, tresowani do bezdyskusyjnego posłuszeństwa, pozbawiani przestrzeni dla świadomej woli i decyzyjności, podlegający władzy innych ludzi, często zupełnie przypadkowych i niekompetentnych ludzi, którzy poprzez tę władzę mają w rękach niezawodne narzędzie do druzgotania i odkształcania naszych indywidualnych osobowości i schematów emocjonalnych.


W ten sposób nasze osobiste algorytmy z czasem, chcąc nie chcąc, zaczynają podlegać wzorcom, przekonaniom i nawykom, które zostały nam wpojone przez szeroko rozumiane otoczenie, a jeżeli jako dzieci lub młodzież przyjęliśmy je posłusznie i bez refleksji – w dorosłym życiu, po odzyskaniu decyzyjności, niezwykle często nie poddajemy ich już świadomej weryfikacji.


Z dzieciństwa trudno jest wyjść niepokiereszowanym, w XXI wieku po prostu już to wiemy


Jeżeli środowisko, w którym dorastaliśmy, nie dostarczyło nam przestrzeni do uzewnętrzniania własnej osobowości, woli i myśli, do ujawniania siebie, gubimy to wszystko gdzieś po drodze, o ile nie poświęcamy temu świadomej uwagi. Łatwo zauważyć, że przestrzeni takiej z pewnością nie zapewnia nam współczesny system edukacji, który osobowość, wolę i myśl przydeptuje i tłumi w zarodku. Nie rozwijam już nawet wątku toksycznego wpływu zasad i układów obowiązujących w stadnych “grupach rówieśniczych”. Nadzieja jeszcze w środowisku rodzinnym, gdzie do niedawna też jednak powszechnie obowiązywały wzorce raczej zimnego chowu.


A nawet jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w sprzyjającym otoczeniu, gdzie byliśmy codziennie głaskani po główce i zapewniani o naszej wartości – i tak pewnym jest, że doświadczaliśmy mniejszych lub większych nadużyć wobec naszych indywidualnych osobowości i co najmniej mikro-gwałtów na psychice, ponieważ są one nieuniknione, kiedy jesteśmy uwikłani w relację władzy jako strona podporządkowana, a wiedzieć o tym powinien każdy, kto był kiedykolwiek dzieckiem, uczniem, poddanym. Zawstydzanie, ośmieszanie, porównywanie, umniejszanie lub wypieranie potrzeb, odbieranie głosu, łamanie charakterów, pozbawianie ideałów, gaszenie entuzjazmu i inicjatywy – do tego nie potrzeba pasa, silnej ręki ani krzyku. Jeżeli nie zaznawaliśmy szacunku, trudno abyśmy później sami okazywali go sobie i innym.


Efekty są takie, że większość z nas wchodzi w dorosłe życie psychicznie kulawa i biernie się temu stanowi rzeczy poddaje. Jako dorośli ludzie niezwykle często brniemy bezwiednie w udeptane wcześniej, podpowiedziane nam ścieżki, a potem nie zastanawiamy się już, czy lubimy to co robimy, dlaczego to robimy, czyje potrzeby i ambicje spełniamy, dokąd idziemy i czy w ogóle chcemy tam iść, w jakim towarzystwie, w jakiej atmosferze. Przejęcie kontroli nad własną myślą, wolą i osobowością powinno być przez nas traktowane jako osobisty obowiązek. Świadome budowanie relacji z tak rozumianym sobą to wzięcie za siebie odpowiedzialności, przejęcie sterów własnego życia.


No i jak się za to zabrać?


Przechodząc zatem do sedna: jak odkopać własną osobowość spod tych wszystkich masowo na nas nakładanych wzorców, koncepcji, mniemań i intelektualnych pułapek? A w rezultacie – nawiązać ze sobą budującą relację i stać się swoim najlepszym przyjacielem? Jak to w relacjach – najważniejsze zdają się być: uważność, komunikacja i aktywne zaangażowanie w osiągnięcie porozumienia. Wyrozumiałość, otwartość, ciekawość swoich "dlaczego".


“Ja” to niewątpliwie ciało i świadomość, ale ponad nimi również wola, narzędzie osobistej realizacji. W świadomości zapadają decyzje o tym, w co wierzymy, jaki kierunek obieramy, jakim światem chcemy obudowywać swoją rzeczywistość. Świadomość ją projektuje, wola sterująca działaniem – materializuje. Warto zaobserwować, czy jesteśmy w swoich działaniach proaktywni, czy jedynie reagujemy na to, co rzuca nam pod nogi los i zewnętrzne okoliczności. Czy świadomość, wola i działanie są ze sobą spójne, a jeżeli nie, to gdzie występują rozbieżności i dlaczego.


Na poziomie działania podejmujemy się realizacji tego, co świadome, lub się tego wyrzekamy. To wszystko, co skrywamy pod wolą, myślą i osobowością – to jest właśnie sedno sprawy, sedno nas. Świadomość siebie natomiast opiera się o pozostawanie ze sobą w czynnym kontakcie.  


Nasze emocje wyznaczają atmosferę naszego wewnętrznego życia; wytyczają ścieżki, którymi wędrują nasze myśli, a te z kolei decydują o zachowaniu – warto zacząć od uważnego zaobserwowania tych czynników, wychwytywania ich i poddawania ich spójności świadomej weryfikacji. Dlaczego poczułam to, co poczułam? Dlaczego pomyślałam to, co pomyślałam? Warto nadmienić – bo tutaj także wpadamy nieraz w kulturowe pułapki – że nie jesteśmy swoimi emocjami ani myślami, choć często tak nam się wydaje, a w efekcie pozwalamy im przejmować kontrolę nad naszymi impulsywnymi reakcjami i działaniami. Mogą one jednak służyć nam owocnie za dekodery algorytmów i detektory zaprogramowanych w nich błędów. Emocje i myśli są reprogramowalne.


Można nosić się całe życie z jakimś bzdurnym i bezzasadnym przekonaniem, nigdy nie zdając sobie z niego sprawy, a pozwalając mu na przejmowanie kontroli nad naszą wolą i działaniem. Na przykład: to na pewno mi się nie uda, nie ma sensu się za to zabierać, inni zrobią to lepiej, inni wiedzą lepiej, inni wyglądają lepiej, inni żyją lepiej, “im większa jest praca, tym są milsze znoje”, mężczyźni to rubaszni zboczeńcy, kobiety to puste idiotki, ludzie to bezwolne barany, świat jest do dupy, życie jest bez sensu, na nikogo nie mogę liczyć, na pewno stanie się coś złego, na pewno ktoś mnie oszuka, na pewno ktoś chce mnie wykorzystać, zależy im tylko na moich pieniądzach, na moich kontaktach, nikomu nie można ufać, trzeba być cwaniakiem i manipulantem, żeby do czegoś w życiu dojść – i tak dalej, i tak dalej.


Szybkie porządkowanie przekonań i presumpcji: wymieć fekalia umysłu


Świadoma uwaga jest punktowa, ograniczona: możemy ją poświęcić tylko pewnej liczbie myśli i czynności. Będąc wielozadaniowymi – a tacy, chcąc nie chcąc, jesteśmy – siłą rzeczy poświęcamy każdemu z zadań ograniczoną ilość uwagi. To, czym nie zarządzamy świadomie, robimy bezwiednie, na podstawie wszystkich wkodowanych wcześniej schematów i wzorców myślowych, takich jak na przykład te przytoczone powyżej. Dlatego w naszym najlepszym interesie leży ich świadoma weryfikacja i świadome projektowanie zarządzających nimi algorytmów tak, aby były one dla nas jak najbardziej wspierające i korzystne. Możemy rzeźbić je tak samo, jak muskulaturę ciała – wykonując nad nimi odpowiednio zaangażowaną pracę


Warto czasami zadać sobie pytanie – szczególnie kiedy jakaś myśl wpędziła nas w kiepskie samopoczucie – dlaczego tak myślę? Jakie sytuacje z przeszłości dają mi podstawę, by myśleć o sobie lub świecie w taki sposób? Czy kiedykolwiek udowodniłam sobie zasadność tej myśli? Czy kiedykolwiek dałam sobie szansę ją udowodnić? Czy mogę przywołać sytuacje, które zaprzeczają temu przekonaniu? Czy chcę pozwolić takim sytuacjom zaistnieć? Co mogę zrobić, żeby zacząć postrzegać to inaczej lub wyzwolić się od podobnych presumpcji? Czy chcę patrzeć na to w ten sposób? Czy chcę zachowywać się w taki sposób? Czy to mi służy? Czy to mnie wspiera? Co mogę zrobić, żeby pozbyć się emocji związanych z tą myślą? Co mogę zrobić, żeby następnym razem zareagować inaczej?


Im głębiej schodzimy w te wglądy, tym dostajemy się bliżej siebie i tym większą sprawczość sobie oddajemy. Aż w końcu mamy szansę spojrzeć trzeźwo na szersze spektrum okoliczności – co stawiasz na piedestale swojego życia? Czego od swojego życia oczekujesz, czego potrzebujesz a czego pragniesz? Dlaczego? Jakie działania podejmujesz, żeby zrealizować tę wolę? Jakie budujesz relacje? Dlaczego? Jaki jest ich charakter? Czy masz w nich sprzyjające okoliczności do uzewnętrzniania tego, kim jesteś? Czy czujesz swobodę w byciu sobą? Czy lubisz to, co robisz? Czy czerpiesz satysfakcję ze swojej codzienności? Co możesz zrobić, żeby doświadczać spełnienia więcej i częściej? 


Do regulowania myśli i emocji wystarczy bardzo podstawowy trening psychologiczny, a głębsze wglądy to już dosłownie i bez przesady – wrota do innej rzeczywistości. Należy podkreślić, że prawidła zarządzające kodowaniem wewnętrznych algorytmów działają zawsze, wszędzie i dotyczą każdego, choć najczęściej niestety zaczynamy się im przyglądać dopiero wtedy, kiedy już doświadczamy skrajnie destrukcyjnych przeżyć wewnętrznych, depresji, lęków, zaburzeń osobowości. Czy jest na co czekać?


Możemy iść do lekarza, kiedy jesteśmy już zdewastowani, chorzy i ledwo zipiący, licząc na ratunek i odwrócenie losu. Możemy też iść do niego, nie odczuwając żadnych konkretnych problemów ze zdrowiem, żeby zrobić profilaktyczne badania i sprawdzić, czy wszystko z naszym ciałem w porządku. Możemy zmniejszyć chirurgicznie żołądek, kiedy jesteśmy już w stadium skrajnej otyłości, ale możemy też dbać o zdrową dietę na co dzień, utrzymując BMI w granicach uznanej normy.


Możemy zwrócić się o pomoc psychologiczną, kiedy jesteśmy już na skraju obłędu, a możemy również samodzielnie dbać w prosty sposób o higienę umysłu na co dzień, traktując ewentualną konsultację z trudno dostępnym specjalistą jak wizytę u fryzjera na podcinanie końcówek. Prawda jest taka, że umysł, podobnie jak ciało, ze względu na swoją konstrukcję musi co jakiś czas wymieść śmieci i “zrobić kupę”. Jeżeli ją wstrzymujemy, to z zasadniczą szkodą dla samych siebie, ale również dla wszystkich i wszystkiego, z czym na co dzień obcujemy.

_____ Ilustracja: pixabay.com

コメント


コメント機能がオフになっています。
bottom of page